W końcu każda potwora znajdzie swojego amatora! Nigdy nie miałam marzeń o białej sukni ani nie fantazjowałam o dniu ślubu. Właściwie, to odkąd pamiętam, otwarcie mówiłam o mojej niechęci do ślubnego kobierca. Moja deklaracja nabrała na mocy, gdy usłyszałam historie o ciągnących się przez inkarnacje przyrzeczeniach, obietnicach, przysięgach. I o tym, jak trudno się z nich wyswobodzić… Moja głowa połączyła to ze ślubnymi deklaracjami „aż po grób”, które od zawsze wydawały mi się zbyt wielkie, by składać je komukolwiek, w imię nawet największej miłości.
Nie oznacza to, że mam coś przeciwko ślubom innych osób. Widzę moją Siostrę w szczęśliwym sformalizowanym związku i wiem, że to wszystko jest możliwe. Tu nie chodzi o dyskusję o wadach i zaletach ślubu, ale o moje osobiste oprogramowanie, które jest dużo bardziej złożone.
Być może wiąże się ono z samym aktem składania obietnicy.
Mam z tym kłopot. Bywa tak, że wiem, że nie mam już czasu, że nie mogę czegoś zrobić, a i tak mogę obiecać, że to zrobię. Jednocześnie są we mnie dwa stany – wiara, że mi się uda i wiedzenie, że mi się nie uda. Wiem, że to jest pokręcone. Ale moja chęć spełnienia danej obietnicy jest naprawdę szczera, nawet, gdy wiem, że najprawdopodobniej jej dotrzymanie nie będzie możliwe. I tak mój Partner ma całą listę moich, jak to mówi, „obiecanek”. To jest cały skomplikowany system i naprawdę ciekawy case w jednym, ale nie będę poświęcać mu zbyt wielu akapitów, bo mam na dziś inny temat.
(znam drugą Protektorkę, która ma podobnie – nie jestem w tym odosobniona, jeśli więc wiesz, o czym mówię, doświadczasz tego, to chętnie poznam Twoją perspektywę)
Dzisiaj chcę zaprosić Cię do rozmowy na temat ślubu samej ze sobą – sologamii
Do rozważań na ten temat zainspirował mnie najnowszy sezon hiszpańskiego serialu komediowego, którego humor bawi mnie od pierwszego odcinka. Jeden z bohaterów postanowił wziąć ślub sam ze sobą, odwzorowując ślub tradycyjny: piękny garnitur, mistrz ceremonii, obrączka, przyjęcie, wystrojeni goście. TAK, BYŁA TEŻ PRZYSIĘGA.
W czasie wesela, pan młody zapytał przyjaciół, co dadzą mu w prezencie, na co Esther rozbawiona całym zamieszaniem, rzuciła: „bon na psychologa” 😀
Myślałam, że soloślub to pomysł twórców serialu, którzy chcieli podkręcić i tak już absurdalną fabułę, ale poszperałam w sieci i okazało się, że sologamia jest zjawiskiem społecznym. Osoba pragnąca złożyć samej sobie przysięgę miłości, wierności, postawienia siebie na pierwszym miejscu, organizuje ceremonię samoślubu. W otoczeniu swoich bliskich składa uroczystą deklarację, a potem bawi się na imprezie na swoją cześć.
Co ciekawe, sologamia nie oznacza deklaracji pozostawania singielką i nie wyklucza miłości romantycznej, a jest celebracją miłości własnej.
Ja nie skierowałabym sologamistki do psychologa, ale raczej pogratulowała jej mądrej decyzji.
Żyjemy w kulturze, dla której wyznacznikiem „bycia dobrym” jest to, w jaki sposób traktujmy innych ludzi – nie siebie.
Pomagamy bezinteresownie, poświęcamy się, stawiamy rodzinę na pierwszym miejscu, udzielamy się społecznie. Brawo, jesteśmy dobrymi ludźmi. Od dziecka uczy nas się bycia miłą, bycia dobrą koleżanką, dzielenia się zabawkami, chodzenia na kompromis – spisujemy się na medal!
A w dorosłym życiu okazuje się, że jesteśmy mistrzyniami w odkładaniu siebie na później. Bo zawsze jest ktoś lub coś, co wymaga naszej uwagi…
Przysięgamy innym ludziom dozgonną miłość, a sobie co obiecujemy? Łatwo jest nam kochać innych, a trudno jest nam kochać siebie.
Idea samoślubu bardzo mnie zainteresowała i WIDZĘ w niej ogromny sens. Nawet nie w kontekście organizacji „wesela” i składania publicznie przysiąg, choć jeśli ktoś chce, to czemu nie, ale jako OBRZĘD PRZEJŚCIA.
Wikipedia donosi:
„Obrzęd przejścia – obrzęd, którego charakterystyczną cechą jest zmiana (odebranie i nadanie) jakiejś właściwości poddanego mu człowieka. Często służy do zaznaczenia przełomowych okresów w życiu jednostki, związanych z przechodzeniem z jednej fazy życia do kolejnej, zmianą grupy wiekowej lub społecznej. (…)”
Obrzęd rozpoczynający Nową Drogę Życia
Przejście ze starej historii w nową historię.
Wiem, że piszesz różne dobre rzeczy o sobie, że przepisujesz przekonania, że afirmujesz. Ale czy DEKLARUJESZ? Czy poprzez deklaracje WYBIERASZ?
To nie są tylko słowa, to jest energia idąca za każdym z nich.
Zatem jakby to było napisać tekst przysięgi do samej siebie?
Ja (Twoje imię) ślubuję sobie…
Ostatnio lubię powtarzać słownie i pisemnie „uznaję moc moich słów.” Słowa to dar dla człowieka. Możemy myśleć, mówić, pisać i korzystać z ich dobroczynności. F. S. Shinn pisze:
„Kobieta ośmiela się używa słów tylko do trzech celów: by uzdrawiać, błogosławić i cieszyć się powodzeniem.”
I z tą inspiracją Cię dzisiaj zostawiam, jak zawsze ciekawa, co z niej weźmiesz dla siebie. Moja skrzynka zawsze pozostaje dla Ciebie otwarta.
Wszystkiego, co najlepsze
Lidia


Uważam ,że nie każdy rozumie o co w tym chodzi .Ja nie wiedziałam ,że istnieje taki akt miłości.Po perypetiach życiowych,pewnych zmian,zrozumienia i szanowania samej siebie -rozwazam taki ,,akt miłości,, To będzie coś ,co wyrazi moje poczucie siebie,,szacunku,zrozumienia samej siebie.Do tego dążyłam w życiu.Do szczęścia ,do tej połowy ,która znalazłam w samej sobie .
Kiedyś ktoś powiedział mi, że miłość wobec samej siebie to główna lekcja „do odrobienia” tu na Ziemi, zatem gratuluję <3