Kiedyś na moje pół żartem pół serio: „chcę być w tym życiu milionerką”, usłyszałam „może to nie jest w planie Twojej duszy”.
Ałć.
No i wtedy zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi z tym planem duszy.
Bo w pewnym momencie życia przyjęłam to za pewnik, a w tamtej chwili zrodziły się we mnie spore wątpliwości.
No bo co, nie mam w planie duszy tego, by żyć dostatnio spełniając swoje marzenia? Serio?
A może obfitość i miłość jest tylko dla tych z odpowiednimi „planami”?
No właśnie. Zupełnie mi się to nie klei.
W takim wypadku po co ten cały „rozwój osobisty”?
Po co się trudzić medytując, przepisując setki przekonań, wydając fortunę na coachów?
Po co WIERZYĆ w to, że MOŻE BYĆ LEPIEJ?
Skoro tak czy siak wszystko jest zapisane w gwiazdach.
Wiesz, kiedy w moim życiu było najtrudniej, to myślenie w kategorii „taki jest plan mojej duszy”, było jednocześnie WYGODNE, bo trochę usprawiedliwiało tkwienie w tej sytuacji, ale i BOLESNE, bo umacniało we mnie przekonanie, że nic nie mogę zrobić.
Że jestem bezsilną ofiarą, która musi swoje wycierpieć.
Jednak, gdy dzisiaj na to patrzę, to myślę, że codziennie miałam szansę podjąć inną decyzję.
Każdego dnia mogłam zrobić inaczej. Miałam tysiąc innych możliwości.
Ale tego nie robiłam, bo trzymała mnie w tej sytuacji podświadomość na spółę z umysłem logicznym dbającym o to, by tkwić w bezpiecznej = znajomej mu opcji.
I wiesz, ja dzisiaj nie chcę wierzyć w to, że nasze dusze wybierają dla siebie doświadczenia cierpienia, bólu, poczucia nieszczęścia.
Chcę wierzyć w to, że jedyne, co robimy, to odtwarzamy zapisy naszej podświadomości.
A NA TE MAMY WPŁYW W KAŻDYM MOMENCIE.
I po to właśnie istnieje „rozwój osobisty”, by te zapisy zmieniać. I nigdy nie tracić wiary w swoje marzenia jakiekolwiek by nie były.
Wszystkiego, co najlepsze
Lidia

