W ubiegłą sobotę, wracając z Wiosennego Święta Szkoły, wstąpiłyśmy z Alą do Kauflandu. Na wejściu nie było ani jednego koszyka, na co ja zażartowałam (w zupełnie niewychowawczy sposób), żebyśmy komuś podebrały koszyk i pobiegły w inną alejkę. Chwilę później wybierając roszponkę, obracam się w prawo, a obok mnie — dosłownie pod nogami — stoi koszyk. Obie jesteśmy pewne, że go w tym miejscu nie było. Musiałabym przeciskać się między nim a starszą panią stojącą obok. Dla jasności — swobodnie podeszłam do regału. Zapytałam panią, która akurat przeprowadzała casting wśród sałat, czy koszyk należy do niej. Nie należał. Odczekałyśmy chwilę, wypatrując potencjalnego „właściciela”, ale nikt się po niego nie zgłaszał…
Jak spuentowała moja nowa Koleżanka: „co mówisz, To-masz” 🙂
I niech ta życiowa dewiza towarzyszy mi już zawsze!
Dzisiaj porozmawiamy o twórczym życiu, powołaniu i prawdzie o sobie. O vintage świecie, w którym złota stalówka namaszcza szafirowym atramentem papeterię pachnącą perfumami Si, a papier prosi o jeszcze i jeszcze.
W ubiegłym tygodniu zleciłam Bogu zadanie:
Stwórz dla mnie drogę pisania, daj mi wskazówki, co zrobić, bym mogła tylko pisać, a ja to zrobię.
Na drugi dzień odwiedziła mnie myśl „felietony do czasopisma”. Zaczęłam od badania Internetu. Portale o rozwoju osobistym? Może jakieś blogi? Wpisy gościnne? Nieee. To nie to. Może powrót do własnego bloga? To jest bardzo logiczna idea, ale przepraszam, od kiedy ja myślę logicznie? Szukam więc dalej… Dotarłam na portal Zwierciadła.
„Czy moje dłonie od zawsze były takie pomarszczone?” – pomyślałam, wyobrażając sobie, jak gładzą jego kredowy papier, przewracając strona po stronie… Pobiegłam do empiku po najnowszy egzemplarz. Do tego kupiłam Sens i… Energię Życia (o rany, same artykuły sponsorowane + tona zdjęć z AI, nigdy więcej, zdecydowanie nie polecam). Zapomniałam o Wysokich Obcasach i Wróżce, nadrobię!
Spokojnie, nie napisałam do żadnego z tych magazynów „Droga redakcjo, marzę, by dla Was pisać”. Choć, może wcale to nie jest taki głupi pomysł. Zanim jednak podejmę jakiekolwiek działanie, minie sporo czasu… moje pomysły grzęzną w dojrzewalni na całe miesiące, zanim z ziarna coś wykiełkuje. Gazety kupiłam je w celu edukacyjnym.
Oczekuję odpowiedzi na powierzone B. zadnie. Wiem, że nie zawiedzie, bo ostatnio zawsze mogę na Niego (dla mnie jest mężczyzną) liczyć. Wiem też, że sporo ludzi z duchowości ma kłopot z „oczekiwaniami”. Ja nie mam albo — przestałam mieć. Ale to jest temat, w który warto się zagłębić, a nie wciskać tutaj jako dygresję, więc zostawmy to na później.
Kontynuując… zastanawiam się, jak to wszystko połączyć — pisanie, słuchanie, dzielenie się wglądami, storytelling, ulepszanie rzeczywistości. I krążę tak od paru miesięcy wokół różnych, opcji badając, która jest tą najlepszą.
Kilka dni temu zadomowiło się we mnie pytanie: „czy ja naprawdę chcę iść w coaching”, czy ja rzeczywiście tego chcę. Czy może to sprawka prawej półkuli mówiącej – „jesteś w tym dobra, umiesz to robić, rób to”. Opowiadam Ci o tym w pełnej szczerości, robiąc sobie poniekąd antyreklamę, ale uwierz mi, nie mam z tym absolutnie żadnego kłopotu. Dla mnie nadrzędną sprawą jest wnoszenie wartości w życie innych, poczucie, że zrobiłam coś, co naprawdę pomogło, zadziałało, a słowa wdzięczności i docenienia są dla mnie często znacznie cenniejsze niż pieniądze. Bywa, że słabo na tym wychodzę, dlatego SZUKAM SATYSFAKCJONUJĄCEGO UZIEMIENIA.
Podobno pewien multimilioner zapytany o to, co robi, że tak mu się dobrze widzie odpowiedział, że POTRAFI UZIEMIAĆ WIZJE. Tak więc moje poszukiwania nie są bezpodstawne, prawda?
Totalnie nie czuję pisania z poziomu „eksperta”, który wchodzi do Twojej głowy, wie, co przeżywasz i kwiecistym językiem korzyści dotyka Twoich czułych punktów.
To nie jestem ja, choć potrafiłabym to zrobić, ale to nie jest moja droga. Nie chcę nią iść. Drżałam na myśl o stronie internetowej z hałaśliwymi claimami w stylu „przepisz swoje przekonania i zacznij żyć życiem marzeń” 😀 To nie mój świat, choć wiesz doskonale, że jestem ambasadorką prowadzenia notatników…
Ja jestem od słuchania historii. Od wyciskania z niej złota niczym soku z sycylijskiej cytryny BIO. I wskazywania kierunku.
Gdy przeanalizowałam wszystkie swoje prace, projekty, działania w sieci, okazało się, że bycie z drugim człowiekiem, wysłuchanie go, podzielenie się moją perspektywą, było dla mnie ZAWSZE najwspanialsze.
Niezależnie, czy sprzedawałam kaszę jaglaną w sklepie ekologicznym czy zajmowałam się marketingiem w centrum terapii alternatywnych. Moje obowiązki zawsze schodziły na boczny tor, gdy pojawiał się człowiek ze swoją historią. Ciekawość drugiej osoby to cecha, z którą przyszłam na świat, a ludzie w jakiś magiczny sposób to od zawsze wyczuwali i zupełnie naturalnie zwierzali mi się ze swoich problemów.
Czasem niewinne pytanie w piekarni, do której często zaglądam, „wszystko dobrze u Pani?” przeradza się w historię otarcia się o śmieć na skutek źle usuniętego zęba u jej syna. Tak mam. Powstają z tego wspaniałe anegdoty, które w końcu zaczęłam spisywać. Być może sama te sytuacje prowokuję, przyznaję się. Jednak nie wynika to z tego, że akurat mam potrzebę głębokiej rozmowy, gdy Kraków odmierza mi czas płatnego parkowania, ale tak wychodzi. Samo.
WIDZĘ CIĘ leżakowało w dojrzewalni od grudnia.
Chodziłam obok i wokoło, dumałam nad każdym słowem, chciałam podarować Ci najlepsze części siebie, wszystko, co wiem i wszystko, co mam. A kiedy już wydałam ofertę na świat, zaczęłam mieć wątpliwości. Myślałam, że to kwestia pms`owych rozterek, ale nie, pytania o coaching są we mnie żywe. Tylko tym razem mnie nie uwierają, a bawią 🙂 Pozwoliłam im się rozgościć.
Być może zaczęłam dostrzegać, dlaczego ta oferta nie jest w pełni spójna ze mną… Słuchanie historii się zgadza, wgląd z intuicji się zgadza, nowe słowa do nowej historii — to też się zgadza, ale nie zgadza się coaching.
Jest taki głosik we mnie, przypominający mi słowa Magdy, która zainteresowała mnie Human Design:
„Wszyscy idą w coaching, poszłam w tę samą stronę, ale to nie moje, piszę książkę dla dzieci”
I kropka. Pisze, zajmuje się synem i nie wykonuje bodygraphów.
Mam wrażenie, że proces tworzenia jest etapem, który mnie najbardziej kręci i KARMI… tworzenie wizji, budowanie koncepcji, ustalanie planu działania… Efekt „gotowe” już mnie tak mocno nie ekscytuje.
I co zrobić z tym fantem? Wniosek nasuwa się sam, Elisabeth Gilbert nazywa to „Wielką Magią”:
Być w procesie tworzenia cały czas. Żyć twórczo, z poziomu wewnętrznej artystki, która po prostu oddaje się robieniu tego, co kocha bez względu na efekty i zwrot.
I w tej twórczej neverending story pozostawać otwartą na propozycje Wszechświata. Dawać sobie pozwolenie na podejmowanie prób, które kończą się fiaskiem, na pomysły, które nie będą trafione, nawet na słomiany zapał lub przeciwnie — porywanie się z motyką na słońce. Projektorki dokładnie wiedzą, o czym mówię, prawda? Wiem, że tu jesteście i łączę się z Wami! 🙂
Z pisaniem listów mam tak samo! Uwielbiam nad nimi pracować, poprawiać, szukać synonimów, dopieszczać. A po kliknięciu ENTER, natychmiast otwiera się we mnie przestrzeń „to już?” i mój umysł bombardują kolejne pomysły, których nie nadążam zapisywać.
Na bazie tych wszystkich rozmyślań, jak i rozmów ze wspomnianą Koleżanką, wyłoniła się pewna droga, której fale jeszcze odbieram. I znów będę sobie ją badać pod mikroskopem, bo tak mam, bo tak lubię, bo TAKA JESTEM. Niech żyje Twórcze Życie!
Wszystkiego, co najlepsze
Lidia

