Piszę, bo muszę, inaczej nie dotrałabym do miejsca w mojej głowie, którym jestem dziś

Parafrazując tytuł książki, którą dostałam kiedyś w prezencie od znanej dzisiaj blogerki, chciałabym zaprosić Cię do rozmowy o SŁOWACH. Dawno nie poruszałam tego tematu. A przecież to za ich sprawą powstał Calmletter. Pamiętasz? Zaczęło się od tego, że chciałam tworzyć listy nasycone treścią, ćwiczeniami do notesu i praktycznymi wskazówkami niosącymi dobrostan. Z czasem konstrukcja ewoluowała, a ja pozostaję w otwartości na kolejne zmiany, które podpowie mi śledziona. Dzisiaj jednak temat Twórczego Życia pozostawimy z boku. Zajmiemy się SŁOWAMI, ich mocą, ale i przekleństwem. Cytując klasykę literatury:

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało.”

Parę dni temu, pisząc moją modlitwę w kalendarzu, zaczęłam pisać o tym, jaka wdzięczna jestem za to, co widzę wokół siebie. Pisałam o tym, że jestem dumna z tego, co stworzyłam. Że oglądam się w swoim odbiciu. Nie pisałam, bo tak w tym momencie czułam, ale po to, by te uczucie w sobie wywołać.

Umysł odhaczał mi… „przecież finanse Ci nie idą”, „słabiutka ta kondycja”, „masz siwe odrosty”, ale nie pozwoliłam mu zasmakować zwycięstwa. Pisałam dalej, zastępując te złowrogie myśli SŁOWAMI self-love.

Gdy piszę o sobie takie dobre, piękne i wzniosłe rzeczy, mam wrażenie, że płyną z innej części mnie. Takiej, która nie krytykuje. Która potrafi odwrócić uwagę od trosk i snuje wizje. Bardzo je lubię, choć przez niektórych nazywane są myśleniem magicznym. Tak, mam czasem wrażenie oszukiwania samej siebie, jakby litery na kartce układały się w – „hej, co Ty tu wypisujesz?”. Jednak mnie to nie zniechęca. Bo ja nie wierzę w moc słów, ale pewność co do ich działania niczym Robert Bernatowicz co do istnienia UFO. Słowa mogą na nas ściągnąć huragan i zrobić niezłą rozpierduchę, ale mogą też urzeczywistnić to, czego chcemy czy aktualnie potrzebujemy.

Tak sobie pisałam i przyszły do mnie pytania: jakich słów użyłam, by tu być? dlaczego nie użyłam lepszych? po co wybrałam akurat te? kim bym była, gdybym wybrała inne? a jakie mam wybrać dziś?

Oglądamy się w słowach, które myślałyśmy, wypowiadałyśmy, zapisywałyśmy

W skupieniu na tym ostatnim pytaniu, przypomniał mi się fragment z książki „Jedz, módl się, kochaj”, w którym Liz otrzymała mniej więcej taką poradę:

Przestań myśleć o swoim ex, a zobaczysz, ile miejsca zrobi się w Twojej głowie

Idąc dalej, poczułam, jak wielką przysługę można zrobić samej sobie, gdy przestanie się opowiadać w głowie scenariusze, które wydarzyły się dawno temu albo te, które nigdy się nie wydarzą. I to jest pytanie do notesu dla Ciebie. Wyobraź sobie tę wolną przestrzeń w umyśle, którą można by po brzegi wypełnić słowami pełnymi miłości, radości, spokoju, a może jakimś marzeniem, na które nie było od lat w niej miejsca?

Każde słowo to nasiono i to nie jest wyświechtany slogan New Age, ale Świętość

A my, Kobiety, kreatorki tego świata, rzucamy je tak bezwiednie na wiatr zapominając o swojej potędze. Jednogłośnie powtarzamy, że „słowa kreują rzeczywistość”, a potem… plotkujmy, oceniamy, narzekamy, kpimy, użalamy się, a co najgorsze – kierujemy tak nisko wibracyjne słowa w swoją stronę. Zadajmy sobie największy cios, prosto w serce, a potem dziwimy się, dlaczego świat wokół nie wygląda tak jak planowałyśmy w swoich pamiętniczkach zakochanej 15-latki.

Mam taką śmiałą koncepcję, że gdyby Kobieta jedyne, co w życiu zmieniła, to SŁOWA, KTÓRE SOBIE OPOWIADA, to cały świat padłby jej do stóp.

Tylko pomyśl… Gdyby dzisiaj zakazano stosowania wszelkich metod rozwoju osobistego, gdyby pozbawiono Cię wszystkich narzędzi, gdyby zakazano prowadzić psychoterpii i coachingu, to ZOSTAŁYBY CI SŁOWA.

Słowa to nasza tajna broń

Zastanówmy się, jakby to było porzucić całą umniejszająca narrację, te wszystkie lamenty, wytykanie błędów i krzywd, i ZAJĄĆ SIĘ SŁOWAMI NA POWAŻNIE. Nie jako pitu pitu, pomyślę chwilę pozytywnie, by za godzinę robić awanturę o porozrzucane skarpetki. Nie mam na myśli takiej powierzchownej zmiany SŁOWNICTWA. Raz mi coś potrzeba, to sobie poafirmuję albo się pomodlę, potem mi nic nie trzeba, bo czynsz opłacony, to odpuszczam etc…

Jakby to było zawsze i wszędzie, niezależnie od okoliczności, używać słów intencjonalnie?

Gdy nad tym rozmyślałam, przyszedł mi do głowy taki chochlik „najpierw musisz tę zmianę stworzyć w sobie”. Jednak nie pofiglował zbyt długo, wyprosiłam go mocnym argumentem: „zmianę mogę stworzyć słowami!” Ha! Nie zrozum mnie źle, nie odleciałam z tymi ideami do krainy, w której tworzysz świat z kanapy 😉

A po prostu snuję wizję, czy to możliwe, by dojść do takiej dyscypliny słownej, co Ewa Chodakowska treningowej.

Jak sądzisz? Czy to utopia? A może to jest prostsze niż nam się wydaje?

A więc tak… „piszę, bo muszę”. Piszę odręcznie, bo w tym jest prawdziwa magia. Nie kręci mnie rozmawianie z AI z telefonem w ręku. Ja cenię mój vintage świat, w którym wsłuchuję się w siebie i zadziwiam mądrością, która ze mnie wypływa – kto ją tam umieścił? W którym złota stalówka sunie po papierze… czasem zgodnie z tym, co myślę, a czasem zgodnie z tym, co ktoś w głębi mnie pragnie, bym myślała. Kocham te chwile.A rozmowy wolę te prawdziwe, z drugim człowiekiem, który współodczuwa i przytula na pożegnanie. Tak sobie to pięknie wypisałam w notesie, że mam blisko siebie cudowne Kobiety, których wglądy i wsparcie jest bezcenne.

Wszystkiego, co najlepsze

Lidia

Podziel się swoimi przemyśleniami
Subskrybuj
Powiadom o
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze
Jeśli moje teksty wnoszą do Twojego życia wartość, możesz wymienić się energią przez Suppi.pl. Dziękuję!

Nie wierz mi na słowo - sprawdź sama, czy
pisanie rozwojowe działa

5-dniowy eksperyment - "a co Ci szkodzi?"
5 ćwiczeń, które wykonasz w 10 minut i doświadczysz na własnej skórze tego,
czy pisanie jest dla Ciebie
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x