Cześć! Chciałbym z Tobą podzielić się dzisiaj takim spostrzeżeniem, które zaobserwowałam u siebie, ale też słyszałam od innych Kobiet.
Otóż, gdy wydarza się w naszym życiu coś pięknego, nieoczekiwanego, choć upragnionego, wpadamy w zachwyt. Jesteśmy najpierw zaskoczone tym, że to, co afirmowałyśmy pojawia się w naszym świecie, ale gdy pierwsze emocje opadną, pojawia się refleksja „ja to stworzyłam”.
Czujemy dumę z tego, co stworzyłyśmy. I…
Spoczywamy na laurach
Mam na myśli, to że tak bardzo nam się podoba to, co zamanifestowało się w życiu, że zaprzestajemy codziennej wzmacniającej rutyny.
Porzucamy afirmowanie, pisanie, ćwiczenia… Po co? Przecież dostałyśmy to, czego tak bardzo chciałyśmy.
I tak sobie myślę, że to wielki błąd.
To tak jakby brać udział w iron manie i poprzestać na pływaniu. A gdzie pozostałe konkurencje? Odpuszczając po pierwszym etapie, nie zobaczysz nigdy mety.
I o ile nie jestem zwolenniczką tego, by jakaś meta w ogóle istniała, bo uwielbiam drogę samą w sobie, o tyle kiedy mamy wizję i pragniemy ją ucieleśnić, to nie możemy rezygnować, gdy pojawią się pierwsze sukcesy.
Wskocz wówczas na falę swojego entuzjazmu!
I surfuj dalej pytając „jak może być jeszcze lepiej”.
Serdeczności!
DO NOTESU
Jeśli nie wykonywałaś ćwiczeń z tygodnia na tydzień, bardzo zachęcam Cię do zaplanowania sobie weekendu z journalingiem. Przyda Ci się to do wykonania ostatniego zadania…
Ćw. 5.
W piątym, ostatnim ćwiczeniu w październiku, chcę zaprosić Cię do rzucenia sobie samej wyzwania. A co, gdybyś codziennie przez 10, 20, 30 dni pisała swoją nową tożsamość w notesie? Jedna strona dziennie. Stała pora. Ja ostatnio najbardziej lubię pisać przed snem. Opisuj siebie i swój świat tak jakby wszystko, co chciałaś, już zaistniało.
Wskocz na falę tej cudnej wizji! Miłego pisania!

