Kiedyś ktoś powiedział do mnie,
że Kobieta świadoma tego,
kim jest i jaką mocą włada,
wcale nie boi się śmierci.
Ona boi się, że nigdy
jej prawda i jej moc
nie zamanifestują się w życiu,
a Ona będzie czuć niespełnienie.
Te słowa wryły mi się w podświadomości.
Zaczęłam wierzyć, że nigdy nie poczuję szczęścia.
A właściwie takiego wewnętrznego spokoju,
że jestem we właściwym miejscu i czasie, że robię to, do czego jestem powołana, a wszystkie okoliczności zewnętrzne są dokładnie takie jak pragnę.
I tak faktycznie się działo.
Mimo, że moje życie, po wielu trudnych latach, wreszcie wjechało na tory, które mu wytyczyłam, wciąż nie czułam tego, czego tak pragnęłam.
Wciąż odczuwałam te same dolegliwości.
Wciąż powtarzałam stare schematy.
Odpowiedzi szukałam na zewnątrz.
W kobietach, które mi imponowały.
W książkach, które tak kocham czytać.
W programach, które miały działać cuda.
Aż się na to wszystko obraziłam, bo nie dawało mi tego, czego chciałam.
Moje pragnienia nadal czekały.
A ja się frustrowałam.
Miałam poczucie stagnacji.
Lęk, że tak będzie zawsze.
I powracające pytanie „co robię źle?”
Wierzyłam, że aby poczuć się pełnią…
muszę ciężko pracować nad sobą
muszę się gruntownie zmienić
muszę stać się kimś innym
Bo dopiero ta super (niedościgniona) wersja mnie może poczuć szczęście.
Tak bardzo byłam w błędzie.
Tak długo nie mogłam pogodzić się z FAKTEM, że…
Wszystkie odpowiedzi są tylko i wyłącznie we mnie.
Moje ciało, emocje, zdarzenia nieustannie wysyłają do mnie komunikaty.
W końcu ich słucham.

