Kiedyś dawno temu pisałam przez jakiś czas blog o POZYTWNYM MYŚLENIU.
Był dla mnie odskocznią od codzienności.
Wpadał mi do głowy pomysł, szukałam informacji i pisałam, mając z tego ogromną frajdę.
Już wtedy byłam prowadzona w stronę SŁÓW, które niosą coś dobrego, pełnego OPTYMIZMU.
Ale jeszcze tego nie rozumiałam.
W mojej podświadomości było wtedy całe mnóstwo przekonań, które projektowały moje życie.
Jego ciężkość, trud, walkę, problemy finansowe, kłopoty w związku.
Kontynuowałam wzorowo cierpienie Kobiet z mojego rodu.
Nie potrafiłam tych przekonań zmieniać.
Choć życie mi podpowiadało „SŁOWA i OPTYMIZM, hop hop, jesteśmy, meldujemy się”, to będąc w frustracji miałam zniekształcony obraz tego, co mogę zrobić, jak mogę się czuć, co mogę dla siebie wybrać, by to zakończyć.
Temat SŁÓW i MYŚLI do mnie powracał na przestrzeni tych lat.
Zaczytywałam się książkami o potędze podświadomości, nauczyłam się przepisywać przekonania w notatniku, poznałam magię tworzenia wizji, wizualizacji itd…
Chciałam wierzyć w skuteczność Tego wszystkiego, jednak rozglądając się wokół mój entuzjazm opadał.
Do czasu.
Do momentu, gdy uświadomiłam sobie „Hello, to przecież działa!”
Zaczęłam analizować różne etapy mojego życia, mieszkania, w których wtedy mieszkałam, okoliczności wokół mnie.
I tak, to naprawdę działa.
Życie dostraja się do mnie nieustannie.
Do tego,
co myślę o sobie,
jakie możliwości dla siebie uważam za osiągalne,
na ile ufam, że jestem Boską Istotą.
Koło się zamknęło.
Wróciłam do magii SŁÓW i MYŚLI.
Do tego, że są wszystkim.
Do tego, że NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO.
I nic więcej nie jest mi potrzebne.
Wszystkiego, co najlpsze
Lidia

