Miałam kilka pomysłów, które kończyły się fiaskiem.
Nie pochodziły z mojego Serca, a z kalkulacji głowy.
Sprawiały mi chwilową frajdę, nawet ekscytowały.
Dawałam im swój czas i energię, dopracowywałam, reklamowałam, a potem z podobną radością się z nimi żegnałam.
Jasne – były momenty:
„ile czasu niepotrzebnie zmarnowałam…”, „po co ja tyle gadam…”, „czemu tak się ze wszystkim śpieszę…”
Momenty poczucia winy. Jednak ostatecznie miałam to w nosie i wracałam do tego, w czym jestem dobra, co rzeczywiście lubię i co jest dla mnie ważne.
I wiesz… tak wiele razy miałam w sobie rozterki związane z pisaniem.
Po co ja w ogóle piszę te posty, skoro one nie reklamują moich usług.
Czyt. nie zarabiają.
Przecież, aby reklamować współpracę ze mną powinnam regularnie dawać moim potencjalnym Klientkom wartość ekspercką związaną ze stronami www.
Tiaa…
Prawda jest taka, że ja nie chcę i nie lubię tego robić.
Że mnie to nie porusza, nie daje mi przyjemności.
No i cóż… nie jestem w tym dobra.
Wymyśliłam więc swój własny marketing.
Marketing, w którym czuję się jak ryba w wodzie (choć nie umiem pływać).
Marketing, który daje mi wielką radość.
To dzielenie się moim własnym rozwojem duchowym.
To opowiadanie o tym, co mi się przytrafiło i jakie z tego wyciągnęłam wnioski.
TO POKAZYWANIE MOJEJ PRACY OD KUCHNI (choć nie lubię gotować).
Bo to…
jak wyglądają strony moich Klientek, jaką wartość wnoszę do Ich życia, a One do mojego, czego uczę się dzięki każdej współpracy i jak w ogóle wygląda proces współpracy ze mną, TO ZASŁUGA PRACY W KUCHNI.
I wiesz… ja to wszystko cały czas ulepszam. Popełniam mnóstwo błędów po drodze.
Ale to nic!
Marketing, którego nie wymyśliłam, nie zaplanowałam, nie ubrałam w strategię, działa.
Przychodzi mi z lekkością.
Jak Ty opowiadasz światu o tym, co robisz?
Wszystkiego, co najlepsze
Lidia

