Pewnego dnia, w centrum mojego okresu, wychodząc do sklepu, spotkałam w windzie Sąsiada.
Dodam, że nie jest Polakiem, wydaje mi się, że Włochem.
Jak zwykle zapytał, jak się miewam.
Na co odpowiedziałam: „wszystko dobrze”.
Choć tak naprawdę czułam się okropnie.
Byłam słaba, zmęczona, wyszłam z mieszkania wkurzona.
Odwzajemniłam pytanie: „a co u Pana?”
I tej odpowiedzi się kompletnie nie spodziewałam…
Otóż Sąsiad łamaną polszczyzną zaczął mi opowiadać, że pod koniec kwietnia Jego dziewczyna zginęła w wypadku samochodowym i dzisiaj ma słabszy dzień, czuje się gorzej.
Zatkało mnie.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
Poza „bardzo mi przykro” nic nie przyszło mi do głowy.
Chwilkę pomilczeliśmy i poszłam.
Gdy wróciłam do domu, przemyślałam sobie całą tę sytuację i wiesz…
Doszłam do wniosku, że u nas, Polaków, zawsze wszystko jest dobrze.
Zaciskamy pięści ze złości,
pod powiekami zbierają się łzy,
kurczą nam się żołądki z lęku,
ale na pytanie „co słychać?”
zawsze odpowiadamy OK.
Bardzo doceniłam tę szczerość.
Nie wiem, czy chodzi o narodową mentalność, może Włosi jedynie kojarzą mi się z taką otwartością i ekspresją…
Może mylę się z powiązaniem naszych reakcji z naszym pochodzeniem, ale jakoś tak to poczułam…
I jasne, nie chodzi o skrajność, by obcym ludziom opowiadać o swoim życiu prywatnym.
Ale o to, żeby szczerze wyrażać siebie i swoje uczucia.
Bo, co by się stało złego, gdybym Sąsiadowi powiedziała, że mam dzisiaj słaby dzień?
No nic by się nie stało, kompletnie nic.
Natomiast zrobiłabym samej sobie wielką przysługę – pozwoliłabym sobie być prawdziwą w tym danym momencie szanując moje uczucia.
Tak oto proza życia dnia codziennego podsuwa szanse, by być sobą.
Czy skorzystamy?

