Jakbyś mnie zapytała, o czym mogłabym rozmawiać do końca świata, to z całą pewnością relacja Ja – Bóg byłaby jednym z top 10. Szczególnie w kontekście naszej wewnętrznej mocy, prowadzenia przez Boski Geniusz, tworzenia świata poprzez Najwyższe Ja i jedno z moich ulubieńców – biznesu tworzonego we spółce z B. Tak nie było jednak zawsze…
Byłam tą kobietą, która obwiniała Go za życiową niesprawiedliwość. Wiele lat temu (to trochę tak jakby było w innym życiu), gdy tonęłam we współuzależnieniu, czułam na Niego wielką złość. Ja, taka dobra uczennica, pomocna dziewczyna, mądra, wegetarianka, zawsze dla wszystkich miła, marząca o wielkim świecie i sukcesach… wpadłam w świat, w którym główne skrzypce grał alkohol. Dzisiaj to wszystko rozumiem, dlaczego, po co, itd, wszystkie schematy, programy mam rozpracowane. Ale wtedy potrzebowałam znaleźć winnego.
Przez lata, mimo, że byłam głęboko zanurzona w rozwoju, słowo Bóg nie kojarzyło mi się dobrze. Wszechświat, Źródło to ok, to mi pasowało, ale Bóg? Nie czułam się z tym dobrze. Prawdopodobnie z powodu skojarzeń religijnych.
Nasza relacja zaczęła się naprawiać, gdy już wyciągnęłam nas z ery alkoholu. Hmm, nie poszłam do Niego, gdy była trwoga, ale gdy już sytuacja została opanowana. Ciekawe. Nigdy wcześniej tak na to nie spojrzałam. Mam i ja Olśnienie. Byłam tak waleczną Zosią, że mogłabym wtedy ponieść cały świat na barkach, jeśli tylko byłoby trzeba…
Ojej jak dobrze, że mam to wszystko za sobą. Że już potrafię zwracać się do Niego wprost, powierzać problemy, ochrzaniać jeśli się ociąga.
Uważam, że gdy tę relację „normalizujemy”, to ona lepiej nam służy. Porzucenie całkowicie kościelnej narracji o wielkości Boga, tym, że jest nieosiągalny, co gorsza – każący, pomaga poczuć większy luz, swobodę i lekkość w komunikacji z Nim.
W moim odczuciu, to chyba najlepsze, co można dla siebie zrobić.
„Nadszedł czas, żeby człowiek uświadomił sobie boskość i nieśmiertelność swojej własnej istoty i przestał się płaszczyć, walcząc o przetrwanie w tej rzeczywistości.”
Przez 15, jak nie więcej, lat w rozwoju osobistym szukałam odpowiedzi na to, kim jesteśmy, po co i jaki jest tego sens. Pragnęłam dotrzeć do prawdy ostatecznej. I dziś czuję, że poza tym, że po prostu mamy tutaj doświadczać, poznawać siebie, to jesteśmy tu po to, by przypomnieć sobie o Boskości w nas. O tym, że jesteśmy tu, by eksplorować świat jako Bóg przebrany za człowieka.
Poczuć ulgę, że jesteśmy tylko na placu zabaw. W grze. I tak naprawdę, to nic strasznego nam się nigdy nie stanie, bo wszystkie problemy, wyzwania, wypadki dotyczą tylko roli, którą odgrywamy na planszy. A nasze wspaniałe nieograniczone potencjały mają zdolność wybierania jej przebiegu. Bo ostatecznie jesteśmy istotami znacznie większymi i wspanialszymi niż te ziemskie awatary.
Powiem Ci szczerze, że dla samej mnie jest to ciekawe, że akurat o Miłości Boga chciałam do Ciebie napisać. Ale to są właśnie te olśnienia. Przychodzi informacja i wiesz, że masz to zrobić. Ja nie rozdzielam Intuicji, Boga i Wyższego Ja, jak dla mnie to „ten sam głos”.
Jak zwykle pozostawiam ten temat niewyczerpany. Mam tak co tydzień. Ale może to tak właśnie ma być, że dalszy ciąg dopowiesz sobie sama. Bo to inspiracje, nie porady. Mam jeszcze na koniec dla Ciebie cytat, który zaznaczyłam w Białej Księdze jako jedyny (zwykle moje książki są kolorowe od zakreślaczy, tu musiałabym pokolorować całą).
Uczeń: Z całą pewnością musi istnieć przyczyna, z powodu której ciągle tutaj wracamy.
Ramtha: To prawda. Ona nazywa się szczęściem. Osiągniesz je w momencie, kiedy jedyną osobą, którą będziesz chciał być, będziesz Ty sam i jedyne miejsce, w którym będziesz chciał być, będzie właśnie tam, gdzie się znajdujesz. To jest moment samorealizacji.”
DO NOTESU:
Jakby to było czuć się najukochańszą córką Boga? Jakby to było czuć się Jego oczkiem w głowie? Jakby to było czuć się zawsze bezpieczną, zaopiekowaną, chronioną?

